wtorek, 21 lipca 2026

2. Na żywo wyglądasz o wiele lepiej.

 David Villa siedział rozparty na fotelu i spoglądał na zachód słońca. Obok niego w niemal identycznej pozycji siedział jego serdeczny przyjaciel, Fernando Torres. Nando nie spoglądał na słońce, oglądał coś w swoim telefonie.

-Co byś zrobił, gdyby twoja córka była z piłkarzem? – spytał nagle. David drgnął.

-Która? – warknął.

-A to jest jakaś różnica? – mruknął.

-W sumie żadna – kiwnął głową. – Ale to się nie wydarzy.

-Czemu?

-Bo takich porządnych jak my już nie ma – westchnął. Nando tylko uniósł brwi. – Wiernie trzymałeś się jednej kobiety, stworzyłeś z nią stabilny związek, masz dzieci, nie szukasz wrażeń.

-Wielu jest takich jak my.

-Ale nie w wieku naszych córek – przewrócił oczami. – Im się tylko liczy, żeby zaliczyć tyle lasek ile się da. Co za dno – pokręcił głową. Fernando zrobił w głowie przegląd młodych chłopaków, których trenował i żaden nie spełniał kryteriów o których mówił David. – A im popularniejszy tym przystojniejszy i tym bardziej rwie co się da – dodał.

-No nie wiem – Nando był sceptyczny.

-Spójrz na tych szczylów co teraz wygrali Mundial. Cieszę się z nimi, ale teraz to się zaczęło rwanie! – machnął ręką.

-Teraz to się sezon zaczął – powiedział przytomnie Torres.

-Tak? – David sięgnął po swój telefon. – Patrz – włączył pierwszą z brzegu stronę plotkarską, wpisał coś i ich oczom ukazały się zdjęcia dwóch młodych zawodników reprezentacji Hiszpanii. – Pedri i Ferran Torres w klubie. Z kim? Stellą Figo, kolejna naczelna gwiazda imprez. – Fernando wcale nie był zdziwiony, że jego przyjaciel wie jakie są strony plotkarskie i zna wszystkich, którzy na nich się pojawiają. - O, a tu – pokazał kolejne zdjęcie. – Ferran dobiera się lasce do dekoltu. W klubie! Kto to widział.

Torres przekrzywił głowę, żeby uważniej przyjrzeć się zdjęciu. Dziewczyna na ręku miała bransoletkę ze srebrnymi zawieszkami. Znał je dość dobrze, bo obie jego córki miały podobne. Ta wydawała mu się znajoma, bo jednym z charmsów było błyszczące Z, ale nie podzielił się swoim spostrzeżeniem z przyjacielem. Zaida była teraz w Madrycie, zaczynała kolejny rok studiów, a Ferran i Pedri byli w Barcelonie. Zbieg okoliczności.

 

 

Mój czas w Barcelonie upływał mi naprawdę dobrze. W dzień chodziłam na uczelnię, popołudniami do pracy. Cały tydzień ciszy i spokoju. Tato napisał tylko kilka smsów, ale nie miał czasu dzwonić. Był w Nowym Jorku, dopinał coś z klubem, którego chciał być właścicielem. Mama sprawdzała czy jest w porządku (było). Stella wyjechała na jakąś sesję zdjęciową do Japonii czy Chin, a ja naprawdę doskonale czułam się w mieście.

Pracowałam jako fizjoterapeutka najmłodszych drużyn FC Barcelony. W przyszłości chciałabym zostać fizjoterapeutką młodych sportowców, dzieci najlepiej.

Z okien swojego gabinetu w Ciutat Esportiva miałam widok na boiska treningowe. Najczęściej widziałam treningi kobiet.

-Hej – do środka wszedł wysoki facet z bujną fryzurą.

-Cześć, wujku – uśmiechnęłam się.

-Mam coś dla ciebie – podał mi kopertę. Wzięłam ją. W środku miałam dwa bilety na sobotni mecz pierwszej drużyny. W dobrym miejscu.

-Dzięki, ale ma przyjechać Olaya i Nora, więc…

-Rozumem – dołożył trzeci bilet i uśmiechnął się szeroko.

-Zastanowię się, wujku.

-Carlosie. Dorosła jesteś, a ja nie jestem aż takim dziadkiem – skrzywił się.

-Senior Puyol! – usłyszałam z korytarza znajomy głos. – Jest tu jakiś fizjo?

-Dziecięcy – odparł wujek, znaczy Carles.

-A dziecięcy masuje inaczej? – zaśmiał się ktoś. Sekundę później w drzwiach stanął Ferran. W koszulce bez rękawów i krótkich spodenkach. Rozczochrany. Zaraz po tym jak dostrzegłam błysk w jego piwnych oczach, w oczy rzucił mi się herb FC Barcelony. Jestem córką piłkarza, przemierzyłam za nim kawał świata i wiedziałam, że to herb a nie logo. Moje serce nie biło w rytm hymnu jakiegoś klubu, ale znałam takich, których biło.

-Zaida? – zdziwił się, ale uśmiech nie zniknął z jego przystojnej twarzy. W świetle jarzeniówek widziałam doskonale to czego nie dostrzegłam w klubie. Był cholernie przystojny. – To cudownie, że jesteś fizjo – wpakował się do gabinetu i usiadł na krześle przy biurku. – Kuje mnie w barku, mogłabyś mi to rozmasować? – zdjął koszulkę. Zrobiłam zaskoczoną minę. Puyol roześmiał się wesoło i wyszedł.

Oprócz ładnej buzi miał też boskie ciało. Wyglądał jak idealny model do pokazywania mięśni dla studentów. Widać było idealnie każdy. Nawet najmniejszy.

-Nie mogę masować pierwszego składu – założyłam ręce na piersi.

-Nikt się nie dowie – zerwał się z miejsca, zamknął drzwi i wrócił na krzesło. – Wszyscy nasi są zajęci, a mnie to wkurza – ruszył ramieniem i się skrzywił. Zawahałam się. Naturalny odruch chęci pomocy podbity chęcią dotknięcia. Jestem tylko dziewczyną!

-Jak ktoś mnie na tym złapie to ty się będziesz za mnie tłumaczył – mruknęłam i stanęłam za nim.

-Powiem, że jesteś moją dziewczyną – prychnął. Zatkało mnie na moment. – Masz chłopaka? – odwrócił się nagle.

-Gdzie cię boli? – Położyłam mu dłonie na barku. Moje palce jak zwykle same odnalazły miejsce, gdzie nie wszystko było jak powinno.

-Oooo – szepnął i przymknął oczy. Wiedziałam, że trafiłam. – Jesteś boska, Zai….

-Staram się. Gotowe – klepnęłam go delikatnie w plecy. Wstał, przeciągnął się i uśmiechnął.

-Masz boskie ręce – chwycił moje dłonie i je ucałował. – Idziesz w sobotę na mecz? – spojrzał na bilety na biurku.

-Jeszcze nie wiem.

-Strzelę dla ciebie gola! – powiedział nagle. – Znaczy za ten masaż. W podzięce – dodał trochę zmieszany.

-To nic takiego – poczułam jak moje policzki różowieją.

-Kibicujesz komuś innemu? – mruknął.

-Właściwie to tylko reprezentacji Hiszpanii – uśmiechnęłam się.

-Zaczekaj! – pstryknął palcami i wybiegł. Zaśmiałam się pod nosem i zaczęłam zbierać do domu. Zostawiłam swój służbowy dres, założyłam jeansy i zwykłą koszulkę. Torebkę zarzuciłam na ramię i już miałam iść do wyjścia, gdy zza załomu wypadł Ferran. Pędził jakby go ktoś gonił. – Proszę! – podał mi coś w czym od razu rozpoznałam koszulkę. – Przyjdź.

Rozłożyłam materiał i uśmiechnęłam się. Była to jego koszulka meczowa z numerem 7 na plecach i napisem FERRAN.

-Dzięki – przerzuciłam ją sobie przez ramię. – Zobaczę z tą sobotą.

-Wpadnij potem na imprezę, taką pomeczową.

-Wykluczone! – aż podskoczyłam. – Będzie u mnie moja siedemnastoletnia siostra z przyjaciółką. Nie ma nawet opcji – pokręciłam głową.

-Ale…

-Ja wiem, gdzie bywałam mając siedemnaście lat, ty pewnie w podobnych miejscach, ale ojciec mi głowę urwie jak zabiorę ją na imprezę pomeczową – poklepałam go po torsie. Doskonale zbudowanym, nie mogłam wyrzucić z głowy jego nagiej klatki piersiowej.

-Dobra, spoko – zrobił krok do przodu. – Ale odbiję to sobie.

-Słucham? – zdziwiłam się i odruchowo zrobiłam krok do tyłu. Tak, oczywiście, za mną była ściana.

-Zapraszam na imprezę, daję swoją koszulkę meczową, chciałbym coś za to – oparł się jedną ręką o ścianę.

-A mój masaż to co? Za ładne oczy było? – prychnęłam. Uśmiechnął się. Zrobił to tak, że w brzuchu coś mi się przewróciło, a serce przyspieszyło.

-Z dobrego serca? – oparł się drugą ręką, byłam uwięziona między jego ramionami, ale nie czułam się z tym źle. To było… Ekscytujące.

-Torres – położyłam mu dłoń na torsie.

-Googlałaś mnie – wyszczerzył się zadowolony.

-Eee… - zaniemówiłam. Jak się nie wydać, że nie musiałam? W klubie nie połączyłam kropek kim był, dodałam dwa do dwóch, gdy spotkałam go chwilę temu. Jedyny piłkarz FC Barcelony o imieniu Ferran ma na nazwisko Torres. Byłam na finale Mundialu, widziałam jego gola. Jestem córką piłkarza, nie gram, ale football siedzi we mnie głęboko i mocno.

-Na żywo wyglądasz o wiele lepiej – wyrwało mi się. – Ale nie, nie sprawdzałam cię w necie. Po prostu trochę oglądam – małe kłamstwo. Oglądam wiele meczy, a na pewno jestem na bieżąco z wynikami ligi.

-Ulubiony zespół? – spytał. – Powiemy na trzy-cztery i to będzie tajemnica.

-Nie jest to Barca? – zmarszczyłam czoło.

-Tajemnica – puścił mi oczko. – Trzy-cztery!

-Valencia – szepnęliśmy jednocześnie. Jego piwne oczy rozszerzyły się w zdumieniu.

-Jestem wychowankiem – wyznał.

-Urodziłam się w Walencji – dodałam.

-Przeznaczenie, Zai – szepnął.

-Ferranito! – krzyczał ktoś. – Fer, gdzie jesteś?

-Z tym meczem się zastanowię, za koszulkę dziękuję – cmoknęłam go zarośnięty policzek, zanurkowałam pod jego ramieniem i szybko wyszłam na parking.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

2. Na żywo wyglądasz o wiele lepiej.

  David Villa siedział rozparty na fotelu i spoglądał na zachód słońca. Obok niego w niemal identycznej pozycji siedział jego serdeczny przy...